Współczesny kolonializm państw zachodnich polega na drenażu
siły roboczej z państw Europy środkowo-wschodniej, Afryki i innych krajów. Dzisiejsi
kolonialiści już nie muszą tam jechać i urządzać krwawe polowania na ludzi. Tak
urządzili świat, że niewolnicy sami się do nich garną, a niektórzy z nich nawet ryzykują życiem, aby dostać się
do niewolniczego getta i służyć nowym panom.
czwartek, 23 lipca 2015
niedziela, 3 maja 2015
ROCZNICA
W tysięcznym tłumie znajdowały się osoby w
ubraniach przypominających stroje sprzed wielu dziesiątków lat. Oto niezwykle
szczupła kobieta w furażerce z biało-czerwonym znakiem. Oto mężczyzna w
oficerkach, bryczesach i wojskowej bluzie. Oto grupa chłopców i dziewcząt w
harcerskich mundurach, stylizowanych na te z tamtych, odległych już czasów.
O siedemnastej, w Godzinie W, zawyły syreny,
kierowcy samochodów nacisnęli klaksony, harleyowcy podkręcili manetki
przewiercających uszy na wylot wystrzałowych sygnałów w wypolerowanch na cymel crouiserach
i chopperach, a dziesiątki mężczyzn zapaliły podłużne przedmioty wydobyte z
plecaków, które okazały się pochodniami. Unieśli je w górę w wyprostowanych
rękach i zaczęli skandować: "Cześć i chwała bohaterom! Cześć i chwała
bohaterom!" Powtarzali te słowa wielokrotnie, odpalając kolejne pochodnie
od tych, które przygasały. W pewnej chwili dym wydobywający się z fosforyzujących
na czerwono rac przesłonił ludzi, motocykle, stojących obok nich harleyowców,
samochody, autobusy i tramwaje oraz wielko-powierzchniowe reklamy. Słychać było
tylko słowa hymnu narodowego, śpiewanego przez zgromadzonych, a potem rozległy
się oklaski.
Setki komórek filmowało ten akt
spontanicznego patriotyzmu. Stacje telewizyjne i radiowe z należytą uwagą odnotowywały
w czasie rzeczywistym to wydarzenie. Świętowano 70-tą rocznicę wybuchu
Powstania, w którym zginęło około 200 tysięcy mieszkańców tego miasta i blisko
21 tysięcy powstańców. Po 63 dniach nierównej walki Powstanie upadło, miasto
zostało zrównane z ziemią, a tych, którzy przeżyli, Niemcy wysłali do obozów
koncentracyjnych i obozów pracy. Wywołując skazane od początku na klęskę Powstanie,
próbowano bezskutecznie zawrócić bieg historii, która stała wtedy po drugiej
stronie Wisły.
Piętnaście minut po siedemnastej, gdy
ostatnie pochodnie wypaliły się, a dym przesłaniający Rondo Dmowskiego
powędrował ponad okoliczne wysokościowce, razem z biało-czerwonymi balonami
zwolnionymi z uwięzi, ruch na skrzyżowaniu Marszałkowskiej z Alejami
Jerozolimskimi został przywrócony, harleyowcy, w markowych spodniach i kurtkach
z czarnej skóry, odjechali z charakterystycznym łoskotem swych niklowanych,
kultowych harusów, ludzie, uczestniczący w manifestacji, powrócili do, zwykle beznadziejnie
nudnych i wkurwiających ich, codziennych spraw, harcerze, z poczuciem dobrze
spełnionego obowiązku wobec ojczyzny, pomaszerowali na miejsca zbiórek do
czekających na nich autokarów, a Murzyn i jego dwóch białych kumpli schowali
komórki do kieszeni i wyciągnęli mapę. Zamierzali pokręcić się trochę po Starym
Mieście, zaliczyć po drodze jakiś ogródek piwny, wpaść do Pizza Hut na Placu
Zamkowym, a wieczorem ruszyć w tour
po okolicznych pubach za kandydatkami na niezobowiązujący seks w hotelu. Mieli
jeszcze multum czasu, przepustka kończyła im się dopiero następnego dnia o
północy.
poniedziałek, 23 marca 2015
Zagraj mi, bracie...
Bratu Stasiowi
Zagraj mi, bracie,
jeszcze raz,
Ten jeden jedyny
raz,
którego nie
słyszałem,
nie znalazłem
czasu,
by Cię odwiedzić,
by spotkać się z
Tobą,
jak brat z bratem.
Zagraj mi, bracie,
jeszcze raz,
usiądziemy przy
stole,
nalejesz mi zupy,
tej jarzynowej,
przez Ciebie
ugotowanej,
i zatrąbisz,
najpiękniej,
jak potrafisz, jak
nikt inny...
Zagraj mi, bracie,
jeszcze raz,
na wargach mi
zagraj
ten ostatni już
koncert,
wszystkich świętych
gdy idą do nieba,
i Ciszę mi zagraj,
When I'm sixty four... też!
Zagraj mi, bracie,
jeszcze raz,
jak na Baldachówce,
przy świątecznym
stole,
jak na rynku w
Rzeszowie,
w Olszynkach nad
Wisłokiem,
jak przy krypie
Nitki
w tamten wakacyjny
dzień...
Zagraj, mi,
bracie, jeszcze raz,
jest słońce i
cisza,
i znicze słuchają,
i drzewa czekają
i ptaki usiadły,
zagraj, nam,
bracie,
zagraj mi, bracie,
jeszcze raz!
niedziela, 25 stycznia 2015
Biały barszcz postny
Mamo,
opłatek, życzenia
zdrowia
i wszelkiej pomyślności
w
nadchodzącym 2015 roku,
tak,
Mamo, to już prawie 2015-sty,
jestem
blisko Twojego wieku,
tak
szybko to nastąpiło,
czas
wyprzedził mnie,
moje
życie, moje plany,
jeszcze
go gonię, ale
już
bez tej pewności,
że
nie zostaję w tyle.
Mam
całkiem jasne włosy,
prawie
takie jak Ty
wtedy,
gdy byłaś z nami.
A
Rzeszów ? Ciągle stoi,
trochę
odmieniony, ale
wciąż
można po nim chodzić
z
zamkniętymi oczami
i
nie nabić sobie guza...
codziennie
go przemierzam,
tymi
samymi ulicami
spieszę
na halę targową -
Twoje
ulubione miejsce zakupów,
zaglądam
na 3 Maja, gdzie
tylko
sklepy Jubilera i Wedla
Cię
wspominają,
na
Słowackiego nadal
czeka
na Was ławka, na którą
przychodziłaś
z Tatą, obok
nieobecnego
od lat empiku...
Za
chwilę będzie, wigilia,
Mamo,
opłatek, a potem
biały
barszcz postny,
udekorowany
zieloną natką pietruszki,
z
kapeluszami prawdziwków,
taki
jak Twój, Mamo,
przygotowany
przez
moją
żonę, która uczyniła
wszystko,
bym jutro
rano
zaglądał do lodówki,
czy
jeszcze coś go zostało...
Taki
jak Twój, Mamo,
a
jednak różny, jakby
inaczej
pachnący
tymi
prawdziwkami,
nie
gorzej, inaczej,
mówię
o tym Joli,
a
ona po raz kolejny
oznajmia
mi uroczyście
że
już więcej go nie ugotuje,
że
nigdy Ci nie dorówna,
że
wtedy były inne zakwasy,
inne
grzyby, inne czosnki!
Ja
się nie skarżę, Mamo,
nie
narzekam na moją żonę,
to
nie jej wina, że pamiętam
tamten
Twój biały barszcz postny,
i
choć tak odległe są te obrazy,
wiem,
że je na nic nie zamienię,
że
pozostanę już na zawsze w latach,
gdy
wołałem, mamo i tata,
gdy
biegałem boso
po
zwięczyckiej drodze,
a
wieczorem, leżąc w łóżku
obok
choinki, jedną ręką
bezszelestnie
wysupływałem
z
kolorowego celofanu,
twarde
jak kamień,
soplowe
cukierki.
Za
chwilę będzie wigilia,
Mamo,
opłatek...
MOŻNA
być
goły i nie-dokładnie wesoły,
mieszkać
u Brata Alberta,
a
rano, gdy słońce wypala nam oczy,
kurewsko
cieszyć życiem.
Można
mieć wszystko,
kasę,
dupy, ordery, stanowiska,
tak
zwaną dobrą rodzinę,
a
jednak unikać swego wzroku.
Można
leżeć krzyżem,
nosić
chorągwie i baldachimy,
znać
ze słyszenia jakiegoś boga,
ale
panicznie bać się wdepnięcia do niego.
Można
walić te niepewne kontakty,
i to co w trakcie nich się pojawi,
samemu
wyrwać ostatnią z kalendarza kartkę
i
ruszyć w swój najdłuższy tour...
poniedziałek, 22 grudnia 2014
PUŁAPKA
niedziela, 14 grudnia 2014
Szary człowiek
Boston, 2002
Subskrybuj:
Posty (Atom)